Reklama

„Wybieraj albo umieraj” – recenzja horroru Netfliksa z gwiazdorem „Sex Education” w roli głównej

Wybieraj albo umieraj Recenzja
Wybieraj albo umieraj Recenzja nowego horroru na Netfliksie / Foto Prime Movies: Netflix, Stigma Films, Anton

Nie każda netfliksowa premiera rozgrzeje widzów do czerwoności (tak jak na przykład niedawny „Wyjazd na weekend”). Podobnie nie każdy z horrorów zjeży im włos na głowie i nie każdy film osnuty grubą warstwą nostalgii przypadnie do gustu fanom estetyki retro. Straszak „Wybieraj albo umieraj” – który wczoraj pojawił się w ofercie giganta VODspełnia wszystkie te kryteria.

„Wybieraj albo umieraj” to ten film, w którym zacierają się granice między fikcją a rzeczywistością. Główna bohaterka (Iola Evans) dowiaduje się o istnieniu pewnej archaicznej gry wideo z lat osiemdziesiątych, za sprawą której ludzie wbrew sobie dokonują samookaleczenia lub giną w niejasnych okolicznościach. „Curs>r”, o którym mowa, to rodzaj oprogramowania, które jest świadome swojego otoczenia i ofiar. Gra sama pisze scenariusze potwornych zdarzeń, które następnie zachodzą w prawdziwym świecie, ku przerażeniu graczy.

Wybieraj albo umieraj Recenzja horroru w klimacie retro z Asą Butterfieldem

Pomysł na fabułę wydaje się ciekawy, ale twórcy nie wykorzystują tego potencjału, nie pożytkują samej gry (chociażby scen „arkadowych”, jak ta z matką Kayli i szczurem, jest za mało), ani obsady. Bezcelowa wydaje się rola znanego z „Sex Education” Asy Butterfielda, którego Isaac przedstawiony zostaje jako technofil bez życia i osobowości – pojawienie się tak znanego aktora w filmie nic właściwie nie wnosi.

Prawdziwą zbrodnią okazuje się jednak rola Roberta Englunda. Słynny ekranowy Freddy Krueger, choć wymieniony w czołówce obsady, nigdy nie gości w kadrze, grając bardziej głosową rolę cameo. Z tego naprawdę mógł wyjść fajny występ. „Curs>r” mógł okazać się zaginioną grą wideo z lat osiemdziesiątych, a Englund, grający siebie, mógł być jedyną szansą dzieciaków na rozwiązanie zagadki cyber-zbrodni (aktor podłożył w grze swój głos). Twórcy nawet nie spróbowali rozwinąć wątku Englunda, nie dali mu szansy zabłysnąć. Nie wiadomo, po co właściwie zaprosili do współpracy tak legendarnego wykonawcę, skoro jego rola okazała się kompletnie bezpłciowa. Meta-kreacja w duchu „Nowego koszmaru Wesa Cravena” byłaby stokroć lepszym rozwiązaniem.

Wybieraj albo umieraj Recenzja – horror Netflixa o zabójczej grze wideo

Film zanadto inspirowany jest takimi tytułami, jak „Stranger Things”, „Jumanji”, „Stay Alive”, „Raz dwa trzy umierasz ty” czy „V/H/S/94”, a także przebrzmiałymi J-horrorami w stylu „Ringu”. Znów powtarza się motyw uwiecznionej na komputerze klątwy, która niczym wirus rozprzestrzenia się na kolejne ofiary. Historia jest wtórna i zdawkowa, kuleje szyk narracji. Niemrawe tempo zniechęca do dalszego oglądania, ospali są nawet aktorzy. Londyn udający Nowy Jork też wypadł słabo. Za pomysłowy uznać można w sumie tylko finał (scenę w domu z basenem). Natomiast przyklasnąć można efektom specjalnym, zwłaszcza tym z końcówki filmu (ciekawie ograno motyw tonięcia poza zbiornikiem wody; jeśli w scenie wykorzystano efekty CGI, wypadły one naprawdę realistycznie).

Czytaj też: „Master” – recenzja horroru na Prime Video. Regina Hall kontra rasizm instytucjonalny

Film „Wybieraj albo umieraj” bynajmniej nie jest najgorszą premierą Netfliksa ostatnich tygodni. Niestety, jest to horror, który ogląda się tylko po to, by zapomnieć o nim wnet po napisach końcowych. W ofercie giganta streamingowego znajduje się tyle lepszych propozycji, że z „Choose or Die” nie ma potrzeby tracić czasu. „Furioza” zasługuje na powtórkę, a ostatnia „Teksańska masakra…” czeka aż wreszcie dacie jej drugą szansę.

5/10
Total Score
1 comment
Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Previous Article
Karen Gillan

Karen Gillan o nowej odsłonie "Jumanji". Kiedy można spodziewać się sequela?

Next Article
Thor: Miłość i grom Zwiastun

"Thor: Miłość i grom" - oficjalny zwiastun superprodukcji z Chrisem Hemsworthem

Related Posts
Total
1
Share